http://dzieciom.pl/wp-content/uploads/2015/07/FDZzP_logo.jpg

_

/\/\/\  Lackowa - seria niefortunnych zdarzeń ( 10.07.2014 r. )

Dzień zaczynamy w nowym miejscu, czyli Krynicy Zdroju. Poprzedniego dnia mieliśmy długi przejazd w strugach deszczu między Zarzeczem, a miejscem obecnego zakwaterowania. Po drodze widzimy wzburzone rzeki. W radiu podają komunikat o podtopieniu Jasła, obok którego przejeżdżamy. Docieramy jednak na miejsce szczęśliwie i wprowadzamy się do obszernego apartamentu za niewielkie pieniądze. Sympatyczny Pan Leopold zlitował się nad nami dając nam maksimum luksusu w swojej kamienicy o nazwie TOTU.

Niestety poza apartamentem następne przygody wydają się być mało optymistyczne.

Idziemy w miasto na obiad.  Nie dane jest nam jednak zajść za daleko, bo zaczyna się ulewa. Przystajemy przy pobliskiej restauracji i Łukasz dostaje nagłego ataku furii. Pani z hotelowej portierni wybiega i pyta się czy w czymś pomóc, a z pobliskiego salonu fryzjerskiego ludzie bacznie się nam przyglądają.

Łukasz wycisza się i zamawiamy obiad. Po posiłku szybki marsz do domu z przystankiem na potrzebne zakupy. W domu po jakimś czasie zauważam brak telefonu komórkowego, a próby połączenia się z nim kończą się rozłączeniem go przez osobę która go ukradła. Super sytuacja !!!

Rano mocne postanowienie wyprawy na Lackową. Łukasz wstaje i idzie do WC. Słyszymy serię okrzyków i stukania o akcesoria łazienkowe. Zaczyna być niebezpiecznie,więc wyciągamy go i w dwójkę przytrzymujemy aby nie zrobił sobie krzywdy. Akcja trwa dość długo, a Łukasz próbuje się gryźć i poszarpać części ubioru. Spokojne uświadomienie, że zostanie puszczony po uspokojeniu się daje w końcu efekt. Łukasz jest zlany potem i idzie do kąpieli, a ja w tym czasie udaję się na posterunek Policji zgłosić kradzież telefonu. Wszystko trwa dosyć długo i po powrocie zaczynamy zastanawiać się, czy jest sens na dzisiejszą wyprawę. Pogoda jest w miarę dobra i obawa przed niepewnością dnia następnego zmusza nas jednak do wyjazdu.

Do miejscowości w której jest początek szlaku jest niezbyt daleko, ale po około 10-ciu kilometrach stwierdzamy, że zapomnieliśmy zabrać aparaty fotograficzne i kamerę. Powrót po nie opóźnia o dalsze kilkadziesiąt minut moment naszego wyjścia. Coraz bardziej czarno wszystko widzę.

Dojeżdżamy w końcu na miejsce parkingu w miejscowości Izby. Niestety Leśniczy Pan Karol z którym wcześniej byłem umówiony wyjechał na urlop, ale możemy zaparkować na jego podwórku.

Wyruszamy w drogę. Szlak według mapy nie zdaje się zbyt mocno skomplikowany, ale jak się wkrótce okazuje w terenie jest wiele niespodzianek. Zaczyna mnie zastanawiać zawiłość drogi, a potem położenie widocznego szczytu Lackowej wobec mapy i brak oznaczeń szlaku. Stwierdzamy z Agnieszką, że chyba wędrujemy beztrosko po kraju słowackim. Zawracamy, a Agnieszka stwierdza że chyba już niestety za późno na zdobycie szczytu.

Powrót do miejsca gdzie zgubiliśmy szlak to około 500 m .Poszukiwania doprowadzają nas w końcu do odnalezienia wąskiej, zarośniętej ścieżki z oznaczeniem szlaku. Postanawiamy przejść się nią kawałek. Wzdłuż szlaku prowadzi granica polsko-słowacka. Łukasz robi odpoczynki między kolejnymi słupkami granicznymi siadając na nie . Najpierw jest płasko, a potem zaczyna być stromo. Stwierdzamy, że skoro tak daleko zaszliśmy to kontynuujemy. Szlak cały czas wśród drzewostanu z przewagą buka bez miejsc widokowych.

Andzia tego dnia wyrywa się do przodu i mimo ostrzeżeń czasami znika nam z oczu. Przy niezwykle niebezpiecznym podejściu przywołujemy ją z powrotem. Następuje ostra reprymenda.

Podejście jest na tyle strome, że często trzeba przytrzymywać się drzew i podszytu. Podłoże skalisto-błotniste. Zastanawiamy się jak będziemy schodzić. Łukasz wydaje się być niezwykle świadomy i stosuje się do wszelkich zaleceń.

Napotykamy przypadkowego turystę. W mrocznej atmosferze lasu dreszczyku dodaje jego dziwny wygląd i postawa oraz brak chęci kontaktu. No cóż - dziki szlak to i dzicy turyści.

Wyżej robi się w końcu płasko i przedzieramy się wśród powalonych drzew buka . Nikt tu nie sprząta. Nie wiem, czy nawet ktoś tu zagląda oprócz nielicznych wariatów takich jak my.

Zdobywamy w końcu szczyt, ale nie ma czasu na odpoczynek, ponieważ jest grubo po godzinie 16-tej i czas szybko schodzić.

W drodze powrotnej chwila stresu przy zejściu ze stromizny. Wszystko idzie jednak pomyślnie. Na wypłaszczeniu Łukasz wyrywa do przodu, ja pośrodku, a dziewczyny z tyłu.

Łukasz przechodzi obok grupy trzech spotkanych cyganów. Na mój widok jeden z nich bierze siekierę do ręki, drugi dzierży piłę motorową, a trzeci siedzi na quadzie. Nie bardzo wiem co zrobić. Dziewczyny z tyłu, a Łukasz z przodu. Podchodzę z uśmiechem na ustach i zaczynam nieskrempowaną rozmowę z pozdrowieniem i tematem aktualnych mistrzostw świata w piłce nożnej. Sytuacja zostaje rozładowana, choć porozumienie jest trudne, bo to słowaccy cyganie którzy prawdopodobnie kradli w tym momencie drewno. Podtrzymując sztucznie rozmowę doprowadzam do przejścia obok nich Agnieszki i Andżeliki, a potem sam żegnając się z nimi przechodzę . Czuję krople zimnego potu wzdłuż kręgosłupa i ich wzrok odprowadzający moją postać.

Doganiamy Łukasza i szybko opuszczamy mroczny las. Na otwartej przestrzeni robimy ostatnie zdjęcia na Lackową ( 997 m.n.p.m. ) najwyższy szczyt Beskidu Niskiego. Niech ją piekło pochłonie.

Pieczątki przybijamy w gospodarstwie hodowli zwierząt . Tam bardzo mili ludzie. Docieramy do samochodu i jedziemy do domu na zasłużony odpoczynek.

Dzień następny bardzo spokojny ze zwiedzaniem Krynicy Zdroju, gdzie Łukasza zafascynowała Pani rysująca portret dziewczynki . Pogoda jednak ponura, a sama Krynica nie zachwyca nas. No cóż pewnie jesteśmy z innej gliny lepieni niż zadowoleni kuracjusze. Polecamy jednak osobom, które pragną wypocząć w  spokoju i zażyć uzdrawiających właściwości wód zdrojowych. Miasteczko bardzo zadbane .

                                                                                                                                                         Włodek